Tekst: Tomasz Habdas, Zdjęcia: Maciek Maciejowski

 

PRZYGOTOWANIA

Początek przygotowania do wyjazdu nie zaczął się najlepiej.  Okazało się, że nie tak łatwo w Żywcu o tabletki oczyszczające wodę  oraz o składaną podręczną wędkę, której notabene i tak nie użyliśmy ani razu, chociaż chęci były duże, a smak na rybkę z górskiego strumyka jeszcze większy. Tabletek nie znaleźliśmy w żadnej aptece, dopiero w demobilu się udało.

Wieczorne pakowanie również nie przebiegało według planu… Jak to zawsze bywa, miejsca wiecznie było mało a rzeczy w ogóle nie ubywało. Plan zakładał spędzenie ok 5-7 dni w górach bez dostępu do cywilizacji więc i zapasy musiały być spore. Trafnym pomysłem okazało się przepakowanie wszelkiego sypkiego pokarmu do plastikowych pojemników pozwalających w pełni wykorzystać przestrzeń plecaka.

Koniec końców udało nam się spakować wszystko co miało nas karmić przez najbliższe dni. W naszych plecakach znalazły się:

  • 4 kg mąki (do pieczenia chlebków- idealnej pożywki w ciągu dnia, sporo potrzebnych na trasie węglowodanów),
  • płatki owsiane górskie (najlepsza bomba energetyczna na śniadanie),
  • suszone banany, słonecznik, rodzynki (dodatek do śniadania oraz chlebków żeby osłodzić sobie dzień),
  • drobny makaron, ryż (baza do naszych wieczornych zup gotowanych na ognisku),
  • herbata, kawa rozpuszczalna i parzona, słodzik, sól (wiadomo, dzień najlepiej rozpocząć od kawy- dwa rodzaje ze względu na rozbieżność upodobań, herbata na zimne wieczory, sól  do chlebków),
  • surowa fasola i cieciorka (dodatek do zup),
  • kabanos (miało być suszone mięso ale nigdzie nie mogliśmy dostać odpowiedniego surowca więc ratowaliśmy się wysuszonym kabanosem),
  • mieszanka przypraw, ogromne podziękowania dla Karoliny za to cudeńko, nadawało smak każdej zupie :)
  • Master meal oraz izotoniki w proszku :) master miał być na czarną godzinę jako danie bogate w białko i węglowodany (okazał się zwykłą zupa serową jak z Knorra ale powera mieliśmy na kilka godzin :D) izotonik do rozpuszczania w wodzie ale i standardowy Plussss. Wszystko znalazło się w plecaku.

Z rzeczy nie do zjedzenia zabraliśmy:

  •  odpowiednią odzież, peleryny przeciwdeszczowe (ciężko wymieniać wszystko, niezbędne była bielizna termo na noce i ciepła ale z góry skazana na wybrudzenie odzież na chłodne wieczory- w październiku potrafi już przymrozić co nas w zasadzie spotkało jednej nocy),
  • nóż/scyzoryk, siekierka (do wszystkiego, do obiadu, do przygotowania ogniska itp),
  • palnik, dwie butle z gazem, 2 garnki (co by obiad pyszny nawarzyć ;)) ,
  • kompas, krzesiwo, zapalniczki czyli gadżety które zawsze mogą się przydać,
  • MAPA wykorzystywana praktycznie co godzinę, zdecydowanie w czołówce najważniejszych rzeczy, tym bardziej na nieznanym terenie, poza tym milo popatrzeć teraz z perspektywy czasu na zaznaczone noclegi na mapie i powspominać,
  • oczywiście namiot

DZIEŃ 1. START (PON 7.10.13)

Tak zaopatrzeni mogliśmy rozpocząć podróż. Chwilę przed 21 wyjechaliśmy pociągiem z Żywca do Katowic. Już w pociągu zorientowałem się, że mój bukłak jest uszkodzony i pod najmniejszym naciskiem ustnik przepuszcza wodę. Dobry start.

W Katowicach mieliśmy niecałe 2 godziny postoju które wykorzystaliśmy na odwiedziny w nocnym sklepie (browar na dalszą podróż) oraz na zwiedzanie centrum Katowic nocą (interesująca przygoda). W końcu, kilka minut po północy wyjechaliśmy Polskim Busem w stronę Rzeszowa.

DZIEŃ 2. W PODRÓŻY (WT 8.10.13)

Podróż do Podkarpackiego minęła nam szybko. W Rzeszowie byliśmy ok 5 rano. Maciek bardzo się rozczulił odwiedzając miasto w którym spędził kilka lat podczas studiów ale niestety nie było czasu na dłuższe wspomnienia. Ja zadowoliłem się widokiem słynnego rzeszowskiego pomnika. Pożyczyliśmy namiot od znajomych (bardzo się ucieszyli widząc nas przed 6 rano przy swoich drzwiach) i ruszyliśmy dalej na wschód. Pociąg regionalny, kierunek – Przemyśl.

Przemyśl przywitał nas przepięknym dworcem (naprawdę warto to miejsce zobaczyć, jak się zresztą okazało w drodze powrotnej, pobliska Starówka również zapiera dech w piersiach ale o tym później).  Poświęciliśmy chwilę na poranną toaletę, kawę i śniadanie. Około 9:30 wyjechaliśmy busem do Medyki – miasteczka gdzie mieliśmy przekroczyć granicę.

Jak do tej pory podróż kosztowała nas niezbyt wiele:

  • pociąg Żywiec- Katowice 16zł/os
  • Polski Bus Katowice  – Rzeszów 16zł/os
  • pociąg Rzeszów- Przemyśl 10,5zł/os
  • bus Przemyśl – Medyka 2zł/os

Razem niecałe 45zł a przejechaliśmy przez połowę południowej Polski. Większe niespodzianki cenowe czekała na nas jednak tuż za granicą. Na przejściu zaskoczył nas trochę duży traffic pomimo wczesnej godziny (była mniej więcej 10 rano) i ogólny harmider. O życiu na granicy wspomnimy później przy okazji powrotnej drogi.

Przejście przez granicę nie było większym problemem. Niewielka liczba osób kierowało się w tą stronę co my. Pierwszy z celników miał delikatne problemy z rozpoznaniem mnie na zdjęciu z paszportu (faktycznie, miałem wtedy 17 lat i trochę inaczej wyglądałem) a jego kolega zainteresował się  plastikowymi pojemnikami, które przewoziliśmy w plecaku- faktycznie nasz sypki makaron, ryż i owsianka wyglądały trochę podejrzanie w prześwietleniu. Próba wytłumaczenia po angielsku okazała się nieudana. Kilka słów zatem po polsku i już jesteśmy na Ukrainie.

Długo nie czekaliśmy na życzliwego Pana który po promocyjnej cenie zaproponował przewóz do Lwowa. Promocja ta wynosiła 50 hrywien (ok 19zł), co nas mocno zdziwiło bo czytaliśmy że ta podróż kosztuje 25 hrywien. Chwilę postaliśmy z Panem który szybko złapał kolejną „ofiarę”- młodą kobietę. Ukrainka również usłyszała cenę 50 hrywien ale tylko dlatego, że stała blisko nas. Na boku cena dla niej wynosiła już 25 hrywien. Ta informacja oczywiście nam nie umknęła, więc podziękowaliśmy życzliwemu Panu i udaliśmy się kawałek dalej gdzie znajdował się przystanek autobusowy. Tam bez problemu znaleźliśmy bus do Lwowa w normalnej cenie. Nasza znajoma podążyła za nami i była dla nas pierwszym źródłem informacji. Oczywiście wyraziła zdziwienie słysząc gdzie się wybieramy, a w  naszych głowach wzbudziła konsternację pytając czy nie obawiamy się śniegu i dzikich zwierząt.

Podróż do Lwowa okazała się męcząca. Był to dla nas pierwszy kontakt z ukraińskimi drogami. Sam bus był całkiem wygodny. Nieco większy niż prywatne busy jeżdżące po Polsce, ale trochę w gorszym stanie, jak z minionej epoki i trochę na wzór indyjski (takie jest przynajmniej moje zdanie). Wspomniane, ukraińskie drogi nauczyły nas aby nigdy więcej nie narzekać na polskie jezdnie. Za granicą zastanawialiśmy się dlaczego 90% samochodów na Ukrainie ma wysokie podwozia. Odpowiedzią są drogi. Dziury, garby, fatalny asfalt a czasami jego brak- tak w skrócie można opisać to zjawisko.

Około 13 dojechaliśmy na dworzec we Lwowie. Kolejne ciekawe przeżycie. Tłum ludzi, każdy podąża w innym kierunku. Kierowcy busów nawołują i zachęcają do podróży z nimi, ciekawostka – z Lwowa do Warszawy panowie przewiozą nas za 300 hrywien (112zł)- całkiem rozsądna cena. Połączenie dworca kolejowego z autobusowym jeszcze bardziej potęguje liczbę osób na metr kwadratowy. Pora odwiedzić toalety…. I tu najgorszy widok- w kabinach dziura w podłodze, a standard sto razy gorszy niż na najbardziej oddalonym od świata dworcu w Polsce. Ta przyjemność kosztowała nas 2 hrywny (0,8 zł). Szybko przejadło nam się to miejsce. Udaliśmy się więc do sklepu, gdzie kupiliśmy: mapę, colę oraz małą buteleczkę wódki na drogę:). Smakowa wódka, o którą prosiliśmy okazała się wódką miodową z dodatkiem papryczki chili. Nikt nam jednak nie powiedział że chili będzie dominującym smakiem w tym trunku (wymaga dużo coli do przepicia).

Tak zaopatrzeni wyruszyliśmy busem (koszt ok 20 hrywien- 7,5zł) do Stryja który był już ostatnią przesiadką w naszej podróży. Drogę umilał nam alkohol, dopisujące humory i rozmowa która z powodu zmęczenia stawała się momentami bezsensowna (jeszcze jadąc przez Lwów zamyślony pytam Maćka czy już wyjechaliśmy z obwodu Lwowskiego:)).

Stryj był najciekawszym momentem podróży, głównie za sprawą życzliwych ludzi których tu spotkaliśmy. Naszym celem była Przełęcz Toruńska. Patrząc na mapę, stwierdziliśmy że najłatwiej będzie dostać się do miasteczka Toruń z którego pieszo podejdziemy do przełęczy. Problemem natomiast okazało się znalezienie busa który nas tam zabierze. Pytając jedną osobę o drogę szybko okazało się że wzbudziliśmy niemałą sensację na dworcu w Stryju i w momencie wokół naszej mapy pojawił się tłum chętnych nam pomóc ludzi. W końcu wspólnie z Ukraińcami odszukaliśmy kierunek w jakim mamy się udać oraz autobus. Po zakupie biletu (tym razem w kasie dworcowej, ok 25 hrywien) zostaliśmy zaproszeni przez jednego z pomocnych Ukraińców na piwo. Bez wahania przystaliśmy na jego propozycję. Po 10min drogi weszliśmy do sklepu gdzie nasz nowy kolega kupił 3 piwa oraz buteleczkę koniaku. Na propozycję zapłacenia przez nas, kategorycznie odmówił twierdząc że jesteśmy jego gośćmi. Ukraiński upór wygrał. Ku naszemu zdziwieniu, nie wyszliśmy ze sklepu na zewnątrz, wręcz przeciwnie. Udaliśmy się tak jakby na zaplecze gdzie ujrzeliśmy małe pomieszczenie z wysokimi stolikami przy ścianach, przeznaczonymi do konsumpcji na tzw. miejscu. Po skończonym spotkaniu wróciliśmy na dworzec by odszukać autobus (nie było to łatwe ale z pomocą przyszła nam Pani z kasy). Zaczął się ostatni etap naszego dojazdu do miejsca docelowego.

Finałowy odcinek nie należał do najłatwiejszych. Byliśmy już w podróży prawie dobę, zaczynało się ściemniać co utrudniało nam konfrontację mijanych wiosek z mapą. Zagadaliśmy młodego chłopaka w busie czy wie gdzie powinniśmy wysiąść. Zaproponował wysiadkę razem z nim, w miejscowości, jak twierdził, oddalonej kawałek przed Toruniem.  Długo się nie zastanawialiśmy. Głód, zmęczenie, zbliżająca się noc wygrały. Tak oto ok godziny 21 wylądowaliśmy w wiosce Vhyskiv w przydrożnym zajeździe.  Wywołaliśmy niemałe zdziwienie u Pań za barem gdy poprosiliśmy o nocleg. Wskazały nam pokój z łazienką w bardzo wysokim standardzie co nas ucieszyło. Sen i jedzenie miały dać nam zastrzyk energii na rozpoczynający się w następnym dniu biwak. Kolacja była konkretna- barszcz ukraiński, pialmieni, a na dostawkę ryż z mięsem. Posiłek zwieńczył shot koniaku. Przyszła pora na zasłużony sen.

DZIEŃ 3. W KOŃCU NA SZLAKU (ŚR 9.10.13)

Dzień postanowiliśmy rozpocząć od szybkiego spakowania się i opuszczenia zajazdu. Wygoda przestała nam się podobać. Byliśmy rządni survivalu J. Czekał na nas szlak, a na pierwszy dzień zaplanowaliśmy sobie spory odcinek marszu. Niemniej jednak na kawę znalazła się chwila. Uregulowaliśmy rachunek (za nocleg, dwudaniową kolację, kilka shotów koniaku i poranną kawę zapłaciliśmy ok 300 hrywien razem czyli mniej więcej 112zł), w pobliskim sklepie kupiliśmy chleb, banany oraz wodę na śniadanie w stylu Małysza. Przekonani że przed nami i tak jeszcze miasteczko Toruń, gdzie zaopatrzymy się w wódkę na chłodne wieczory (grzechem byłoby nie kosztować tych ukraińskich przysmaków) ruszyliśmy przed siebie krętą, asfaltową drogą.

Po około godzinie nużącego marszu dotarliśmy ku naszemu zdziwieniu do Przełęczy Toruńskiej, czyli miejsca gdzie zaczyna się czerwony szlak. Najbliższa wioska czekała na nas za ok 4 dni co oznaczało że wieczorem będziemy się zagrzewać herbatą, tym razem nie po góralsku…

Kilka słów jeszcze na temat przełęczy toruńskiej bo niewątpliwie jest to urokliwe miejsce. Ukształtowanie terenu w tym miejscu przypomina siodło, tzn. z dwóch przeciwległych stron jest to faktycznie przełęcz, oddzielająca dwa pasma gór- Bieszczady Wschodnie i Gorgany. Z dwóch pozostałych (wzdłuż drogi) jest to wierzchołek, punkt najwyższy za którym droga schodzi w dół. Po jednej stronie jezdni znajduje się stary ale bardzo tajemniczy cmentarz. Masa identycznych, białych krzyży na niewielkich kopczykach. Internet dostarcza nam informacji, że jest to cmentarz z I Wojny Światowej, co więcej, przed II WŚ było tutaj polskie schronisko. Śladów jednak po nim brak. W zamian za to znajdziemy tu kilka ławek ze stolikami, małą wiatę oraz dziwną budowlę na bazie kwadratu przeciętego dwoma ściankami wzdłuż środków boku… Jedyne zastosowanie tego czegoś jakie nam przyszło do głowy to toaleta. Przełęcz Toruńska jest też dla turysty pierwszym spotkaniem z  ogólnie panującym syfem i brakiem nawyku zbierania śmieci. Ukraińcy opróżniają butelki oraz inne opakowania i od razu je wyrzucają, nie ważne czy jest to środek lasu, polana, dolina czy też górka o wysokości 1700 mnpm. Przykry widok ale mi osobiście przypomina to Polskę w latach 90. i powszechne dzikie wysypiska w przydrożnych lasach. Do tego potrzeba chęci i ingerencji rządu. Ale nie o tym mowa. Po śniadaniu w tym urokliwym miejscu, wyruszyliśmy w dzikie góry, lasy, pola i doły Ukrainy :)

Pierwsze odczucia na czerwonym szlaku: polskie Beskidy. Sporo w tym prawdy bo w końcu Gorgany często nazywane są Beskidami Wschodnimi. Podobne ukształtowanie terenu, szata roślinna i poziom trudności szlaków.

Po ok 3 godz. marszu dotarliśmy do pierwszego znaku informacyjnego,40 minut do Wyszkowskiego Gorganu – naszej pierwszej górki do zdobycia. W trakcie ataku na szczyt, Maciek znalazł pierwsze grzyby i tak o to rozpoczęła się nasza przygoda z tymi leśnymi przysmakami. Wystartowała swoistego rodzaju rywalizacja. Każdy znaleziony grzyb wędrował do worka przyczepionego do plecaka rywala. Szybko znudziłem się tą grą i nie rozglądałem jak dziki po uboczu w poszukiwaniu kapeluszy. Nie mogłem tego niestety powiedzieć o Maćku który chyba z dużą satysfakcją dorzucał mi ciężaru do noszenia…

Po kilkudziesięciu minutach pierwszego bardziej stromego podejścia doszliśmy do szczytu Wyszkowskiego Gorganu (1443 mnpm). Nie znaleźliśmy tam niestety tabliczki informującej o zdobytym wierzchołku, ale jego obecność zdradziły ruiny kolejnego polskiego schroniska.

Na Gorganie znajduje się też inna atrakcja turystyczna, słupki graniczne z wyrytymi literami P i CS wyznaczające starą granice polsko- czechosłowacką. Przez Gorgany można przejść na dwa sposoby- wzdłuż czerwonego szlaku albo wzdłuż trasy wyznaczonej przez owe słupki graniczne. Mapa Gorganów dokładnie wytacza druga trasę i wskazuje każdy słupek co zdecydowanie ułatwia odbycie tej drogi. W rzeczywistości zachowało się ok 20% słupków z mapy. Reszta, naszym zdaniem, znalazła już zastosowanie w gospodarstwach w okolicznych wsiach.

Za Gorganem czekała na nas bardzo dzika, słabo oznakowana i nieprzetarta trasa. W takich warunkach doszliśmy do Slobody, a raczej do najbardziej skrajnych domostw tej wioski. Tu spotkało nas błoto wydeptane przez barany i pastuchów oraz grupka Słowaków z Martina. Czas nieubłagalnie nas gonił. Nastała pora na znalezieniu pierwszego miejsca na rozbicie biwaku. Jak na zawołanie roztoczyła się przed nami wspaniała polana z pięknymi widokami. Wszystko byłoby pięknie gdyby nie brak wody. Na nasze szczęście 15 min od polany znaleźliśmy strumyk oraz naturalną studnię z wodą mineralną (zapach siarki odstraszał skutecznie, ale smak wysoko zmineralizowanej wody wynagradzał wszystko).

Odpoczęliśmy solidnie tego wieczoru. Rozłożenie namiotu i rozpalenie ogniska poszło nam sprawnie. Na kolacje uwarzyliśmy zupę z dodatkiem ukraińskich podgrzybków, a na deser budyń Dr Oettkera :). Na koniec upiekliśmy kilka chlebków na następny dzień i zaśpiewaliśmy kilka piosenek żeby odstraszyć niechcianych nocnych gości. Kilka spojrzeń na niebo pełne gwiazd i sen.

DZIEŃ 4. MOŁODA WE MGLE (CZW 10.10.13)

Po pierwszej, spokojnej nocy w plenerze, przyszła pora na wyższe pasma Garganów. Celem na ten dzień była Mołoda – góra pokroju naszej Babiej Góry. Zanim jednak wyruszyliśmy, należało zjeść konkretne śniadanie. Te momenty należały zdecydowanie do jednych z przyjemniejszych. Piękne widoki, poranne słońce, kawa i pożywne śniadanie (owsianka+ rodzynki+ suszone banany+ słonecznik). Napełniliśmy wszystkie butelki jakie mieliśmy wodą (czyli 2 plastikowe butelki 1,5l, 2 litrowe termosy i 2 bukłaki- jeden trzy, drugi  dwulitrowy) i rozpoczęliśmy wędrówkę.

Droga z początku wiodła nas cały czas w stronę doliny. Gromadzące się na niebie chmury nie zwiastowały niczego dobrego. Po godzinie marszu doszliśmy do jakiegoś starego budynku, całkowicie opuszczonego. W tym miejscu, szlak skręcił o około 270 stopni i zaczęliśmy oddalać się coraz bardziej na wschód. Nasza dalsza droga wyłożona była masywnymi, drewnianymi balami wbitymi w ziemię co zdecydowanie ułatwiało orientacją na słabo oznakowanej trasie. Po kilkudziesięciu minutach doszliśmy do rozwidlenia dróg. W tym miejscu rzeczka wzdłuż której cały czas szliśmy, łączyła się u źródeł z innym strumykiem. Całość tworzyła literę Y. Wybraliśmy prawą odnogę, ponieważ wydawała nam się najbardziej oczywista, poza tym to właśnie tędy prowadziły dalej drewniane belki. Po ok 30 min zorientowaliśmy się że nie jesteśmy na szlaku. Ścieżka coraz częściej gubiła się w krzakach, a my za bardzo odbijaliśmy na południe. Musieliśmy wrócić do rozwidlenia, przekonani że prawidłową trasą była lewa odnoga. Mocno się zdziwiliśmy, gdy okazało się że szlak prowadzi w las, wąską ścieżką pomiędzy strumykami. Ani prawa, ani lewa trasa nie zaprowadziłaby nas do celu. Na całej tej akcji straciliśmy około godzinę.

W końcu na szlaku, postanowiliśmy delikatnie przyspieszyć żeby nadrobić stracony czas, co więcej, gromadzące się chmury zapowiadały rychłe opady. Po kilku stromych podejściach i paru pagórkach znaleźliśmy się przy miejscu biwakowym: drewnianej zabudowie osłaniającej przed deszczem oraz dostępem do pitnej wody. Miejsce kusiło żeby zostać, ale było za wcześnie żeby się rozbijać, a poza tym Mołoda cały czas znajdowała się przed nami. Po chwili wyszliśmy z lasu i o to przed nami ukazała się piękna polana i ostatnie podejście na Mołodę. Akurat w tym momencie zaczął padać drobny deszcz. Końcowe wejście na górę dało nam delikatnie w kość. Stroma droga wzdłuż kosodrzewiny, powalone konary, mgła i wreszcie śliskie skały z pewnością nie ułatwiały wędrówki, ale w końcu wkroczyliśmy w wyższe partie co nas mocno motywowało. Tutaj też pierwszy raz spotkaliśmy się z ciekawym zjawiskiem, które towarzyszyło nam już do końca wyprawy. Od wysokości mniej więcej 1600 mnpm, większość skał pokrytych jest zielonym  nalotem. Tworzy to naprawdę piękny widok, zarówno z bliska jak i z daleka.

W trudnych warunkach atmosferycznych zdobyliśmy w końcu szczyt Mołody (1724 mnpm). Uczciliśmy to gorącą herbatą i czekoladą. Wilgoć w powietrzu nie zachęcała do pozostania w tym miejscu więc rozpoczęliśmy zejście. Nocleg zaplanowaliśmy przy ruinach kolejnego polskiego schroniska w dolinie rzeki Mołody. Pokonanie ok 900 metrów wysokości zajęło nam trochę czasu. Ciężkie plecaki opadające na ramiona nie pomagały w zejściu. Niestety w dolinie czekały na nas same rozczarowania. Ruiny zarosły krzakami, rzeczka okazała się rwącym górskim potokiem, a z pobliża dochodziły do nas odgłosy pił mechanicznych i okrzyki ukraińskich robotników. Zdecydowanie był to najmniej przyjemny nocleg w całej tej przygodzie, ale nauczył nas cennej rzeczy- gotowanie surowej fasoli zajmuje bardzo dużo czasu. Lepiej moczyć ją w wodzie cały dzień i taką ugotować wieczorem ;)

DZIEŃ 5. GROFA, PUSTELNIK I UKRAIŃSKA MŁODZIEŻ (PT 11.10.13)

Na wstępie czekał nas marsz wzdłuż drogi, zbyt często użytkowanej przez ciężarówki wywożące z pobliskich lasów ścięte drzewa. Owe ścięte drzewa w pewnym miejscu posłużyły nam, a raczej Maćkowi jako most. Szlak nakazywał nam przeprawić się przez rwący strumień Mołody, co też mój towarzysz zwinnie uczynił, bez problemu przechodząc po dwóch zwalonych belkach. Ja po pierwszym kroku zrezygnowałem z tego udogodnienia. Niestety, ale lęk wysokości, widok rwącej rzeki pode mną oraz ciężki plecak skłoniły mnie do przeprawienia się przez wodę wpław :) Wróciłem się kawałek wzdłuż rzeki w górę, gdzie wystające z wody kamienie kusiły do próby przedarcia się na drugą stronę. Próba ta oczywiście skończyła się przemoczonymi butami… W trakcie gdy suszyłem stopy i zmieniałem skarpetki (ale już zadowolony po drugiej stronie) Maciek rozprawił się z nieświeżymi już lekko włosami za pomocą szarego mydła i wody prosto z Mołody.

Pogoda tego dnia zdecydowanie nam dopisywała. Celem była Grofa oraz zejście do schroniska znajdującego się na wschodnim zboczu tej góry. Nie łudziliśmy się za bardzo że oznaczone na mapie schronisko może wskazywać na obiekt pokroju polskich placówek tego typu, niemniej jednak każdy z nas troszeczkę miał nadzieję że może się mylimy i będzie można tam kupić co nieco.

W połowie drogi na Grofę, gdzieś na wysokości 1400 mnpm natrafiliśmy na małą, drewnianą chatkę,  zamieszkaną przez młodego chłopaka. Ukrainiec spędził w niej już 3 miesiące co było widać po jego brodzie i długich włosach. Po krótkiej rozmowie, kilku zdjęciach i wymianie uprzejmości ruszyliśmy na szczyt. Droga była trudna za sprawą stromego szlaku wijącego się pomiędzy kosodrzewiną. W końcu po 2 godzinach zdobyliśmy szczyt Grofy (1752 mnpm). Rozpościerał się stąd naprawdę piękny widok na całe Gorgany. Dostrzec można było również pobliskie, oddalone na południowym wschodzie pasmo Czarnohory, a nawet, naszym zdaniem, Bieszczady. Tutaj też spotkaliśmy w końcu turystów.

Klimat Grofy jest bardzo podobny do Babiej Góry. Są to w końcu góry o podobnej wysokości oraz powstałe w podobnym okresie. Charakterystyczne jest pasmo kosodrzewiny wskazujące na wysokość około 1500 m oraz zlokalizowane wyżej, liczne rumowiska skalne zwane przez lokalną ludność Gorganami skąd nazwa tego pasma. Z Grofy idealnie widać najdalej wysuniętą na wschód część tych gór wraz z najwyższym szczytem Sywulą. Królowa Gorganów, według planu, miała być zdobyta za dwa dni. Odległość jaka nas jednak dzieliła, mogła wskazywać na coś zupełnie innego. Na szczęście nie goniły nas żadne terminy więc ewentualnie mogliśmy sobie pozwolić na mały poślizg.

Miejsce kolejnego noclegu wynagrodziło nam z nawiązką poprzednią noc. Wspaniała polana z dostępem do wody i pięknymi widokami, usytuowana na wschodnim zboczu Grofy. Całkiem wysoko, bo w ostatnich partiach lasów iglastych. Oznaczone na mapie schronisko, zgodnie z naszymi oczekiwaniami okazało się po prostu chatą noclegową. Dwa piętra, drewniane podesty i dumnie powiewająca na wietrze ukraińska flaga. Domek wyglądał przyjemnie, zachęcał do noclegu, ale niestety (bądź stety) był już zajęty przez wycieczkę młodych Ukraińców.

Rozbiliśmy się kilkadziesiąt metrów nad schroniskiem. W ostatnich promykach słońca, tuż przed zachodem postanowiliśmy się umyć. Zimna woda wywołała u mnie ból gardła na pozostałą część biwaku oraz dziwny ucisk na klatce piersiowej (Maciek był skazany już do końca wieczoru na moje brzmiąco poważnie żarty, że nabawiłem się zapalenia płuc :)) Pranie, ognisko i sesja zdjęciowa przepięknego nieba pełnego gwiazd z mocno zaznaczoną drogą mleczną zakończyła wieczór. Do snu ukołysał nas ukraiński śpiew dzieciaków z pobliskiego schroniska balujących do późnych godzin nocnych.

Jak co dzień, ranek oznaczał dla nas kawę i owsiankę na śniadanie. Pozbieraliśmy pranie, spakowaliśmy się i ruszyliśmy w dół. Poświęciliśmy jeszcze chwilę na wpis do pamiątkowego zeszytu turysty znajdującego się w schronisku (gdzie opisaliśmy w skrócie plan trasy). Tego dnia w planie było zejście do wioski Osmołoda, uzupełnienie zapasów i podejście jak najwyżej pod Wysoką – pierwszą górę na trasie w najwyższej i najdalej wysuniętej  partii Gorganów.

Z naszego ostatniego noclegu, podróżni zwiedzający tą część Karpat mają wybór. Mogą, jak my, zejść do Osmołody i wrócić na szlak przy podejściu na Wysoką albo kontynuować wędrówkę szczytami. Czerwony szlak ze schroniska skręca na południe, gdzie „zalicza” kilka wyższych szczytów zanim wraca w rejony Wysokiej. W tej opcji wycieczka wydłuża się o około 2 dni na co niestety nie mieliśmy czasu (poza tym doskwierał nam brak napojów rozgrzewających na tej ukraińskiej ziemi ;)).  Zejście do wioski bardzo się dłużyło. Trasa biegła wzdłuż strumyka, który z każdym metrem przeradzał się w rzekę. Po drodze spotkaliśmy kilka zorganizowanych grup udających się zapewne do schroniska pod Grofą. Po trochę ponad dwóch godzinach marszu w końcu osiągnęliśmy Osmołodę.

Nie było nam dane spędzić dużo czasu w tej wiosce, bo czas naglił i szybko trzeba było wrócić na szlak. Na początku odnieśliśmy wrażenie że jesteśmy na dzikim zachodzie. Małe drewniane domki, uklepana droga i dużo kolorów w około. W pierwszym napotkanym sklepie zrobiliśmy sobie przerwę i odnowiliśmy zakupy. Naszym łupem padła makrela, koniak i herbata. Takiego posiłku dawno nie jedliśmy a było to wszystko na co można było liczyć w tym miejscu. Niemniej jednak, obiad był wyśmienity, zakończony shocikiem gwarantującym dobry humor na koniec dnia :) W naszym zakupowym koszyku znalazło się kilka dóbr luksusowych to znaczy kiełbasa na ognisko, chleb i oczywiście wódka (polecana przez sprzedawcę wódka marki Perlova :D). Zostawiliśmy w sklepie 2 kg mąki, nie było już raczej okazji żeby ją wykorzystać.

Oczywiście po raz kolejny nasi sąsiedzi wyrazili zdziwienie gdy opowiedzieliśmy o naszej dotychczasowej podróży, co pokazuje że najciemniej pod latarnią. Mieszkańcy wiosek położonych najbliżej gór, są najmniej zainteresowani tego typu spędzaniem wolnego czasu. Rejony wiejskie nie należą do najbogatszych, a ich mieszkańcy w głowie raczej mają szukanie sposobów na zarobek, a nie kilkudniowe wędrówki po pobliskich szczytach. Głównym zajęciem tutejszych Ukraińców jest chyba hodowla zwierząt i ścinka drzew. Turyści jakich spotykaliśmy na trasie zazwyczaj pochodzili z Lwowa, Iwano Frankivska i innych większych miast.

Nie mogłem się również powstrzymać przed spytaniem czy mieszkańcy Osmołody chcą bardziej wstąpić do Unii Europejskiej czy też jednak pozostać w dobrych stosunkach z Rosją. Odpowiedź mnie nie zaskoczyła. Z tego co czytaliśmy, cały zachód Ukrainy jest za UE. Drążąc temat dopytałem czy cokolwiek zostało już poczynione w tym kierunku (nikt jeszcze wtedy nie spodziewał się raczej co nastąpi na Majdanie w Kijowie niecałe dwa miesiące później) na co moi rozmówcy stwierdzili, że się tym nie interesują…

Na koniec powspominaliśmy miło naszą wspólną przygodę z Mistrzostwami Europy, grzecznie pogratulowaliśmy zwycięstwa w meczu Polska – Ukraina, po czym wyruszyliśmy z powrotem na szlak.

Wyjście na Wysoką zapoczątkował wiszący most. Ciekawe przeżycie dla człowieka, który bał się wcześniej wejść na dwie belki służące jako most. Tym razem jednak nie miałem odwrotu i krok po kroku pokonywałem kolejne deski mostu mocno ściskając poręcz z lin. Oczywiście kilka metrów przed końcem poczułem bujanie wywołane skaczącym po moście Maćkiem – wsparcie przyjaciela jest najważniejsze w trudnych chwilach.

O wyjściu na Wysoką tego samego dnia nie było raczej mowy. Za dużo czasu straciliśmy w dolinie. Celem stałą się podejście jak najwyżej a w najlepszej opcji osiągnięcie chatki noclegowej oznaczonej na mapie na wysokości mniej więcej 1500 m n.p.m. Droga już od samego początku nie należała do łatwych. Strome podejścia przez las, brak strumyka i dostępu do wody no i przede wszystkim zbliżający się zachód słońca skutecznie nas deprymowały. Na szczęście udało nam się dojść do wspomnianej chatki, znajdującej się w najwyższej partii lasu, tuż pod pasmem kosodrzewiny. Nie byliśmy jedynymi lokatorami w tym miejscu. Poznaliśmy w domku Nazara i Nadię – młodą parę Ukraińców, podobnie jak my zakochanych w górach. Po krótkiej naradzie i namowie naszych nowych znajomych zdecydowaliśmy się nocować w domku. W pobliżu znajdowała się studnia z pitną wodą co podnosiło standard tego miejsca. Jako podziękowanie za gościnność posłużyła spora dawka drewna do ogniska.

Wieczór był bardzo miły. Nasi znajomi dotrzymali nam towarzystwa do około 22. Niestety Nadia okazała się osoba małomówną, co wynikało chyba bardziej z obawy przed brakiem zrozumienia. Na szczęście Nazar nie miał tego problemu. Chłopak opowiadał nam o górach Ukrainy, my, o Beskidach i Tatrach. Wymieniliśmy się opinią na temat sprzętu i jego dostępności w naszych krajach. Szkoda mi było Nazara gdy na pytanie czy był kiedyś w Tatrach, odpowiedział że nie jest to takie łatwe, bo potrzebuje on wizy żeby wkroczyć do Polski. Uzmysłowiliśmy sobie, jak łatwa okazała się dla nas podróż na Ukrainę i jakie tak naprawdę mamy szczęście, że jesteśmy w UE.

Gdy para schowała się w domku, my postanowiliśmy posiedzieć jeszcze trochę przy ognisku. Była ciepła, przyjemna noc. Raczyliśmy się herbatą z wódką i czekoladą. Rozmów nie było końca. Szkoda tylko że skończyła nam się woda co oznaczało nocna wycieczkę do studni. Tu sprostowanie, aby naczerpać wodę, należało wejść do studni i „nurkować ” po wodę. Jako że wcześniej wodę nabierał Maciek, tym razem uparł się żebym to ja skosztował tej przygody. Nie interesowało go że jestem wyższy o głowę i trochę większej budowy więc nie będzie mi tak łatwo tam wejść. Koniec końców podołałem, a my mogliśmy spokojnie posiedzieć jeszcze do 24 przy ognisku. Wpisaliśmy się do pamiątkowego zeszytu i dołączyliśmy do naszych przyjaciół w domku. Na pierwszy rzut oka było bardzo przyjemnie. Drewniany podest jako łóżko i piecyk na drewno ogrzewający chatkę. Niestety jak się szybko okazało, wentylacja nie do końca była przemyślana w tym pomieszczeniu i szybko zrobił się zaduch i leciutkie zaczadzenie w sieni. Mnie to jednak nie przeszkadzało. Za bardzo organizm domagał się odpoczynku.

Wstaliśmy przed naszymi współlokatorami. Czekał nas długi dzień na szlaku i spory kawałek do przejścia zakończony najwyższym szczytem Gorganów – Sywulą. Po rutynowych czynnościach porannych, rozpoczęliśmy podejście na szczyt Wysokiej. Startowaliśmy z wysokiego pułapu więc od razu wkroczyliśmy w pasmo kosodrzewiny i rumowisk skalnych. Z Wysokiej (1805 mnpm) w 20 minut przedostaliśmy się na pobliski Ihrowiec (1807 mnpm), rozległy, płaski szczyt z kamiennymi kopczykami. Z tego miejsca, przed nami ukazała się cała nasza dzisiejsza trasa z Sywulą na zakończenie. Nie był to mały odcinek, a zaczynał się od zejścia do przełęczy Borevka co oznaczało zejście kilkaset metrów niżej i ponowną wspinaczkę.

Od przełęczy niestety zaczęły ścigać nas ciężkie chmury. Sprawnie zdobyliśmy pierwszy szczyt, górę Borevka (1596 mnpm) i od tego momentu naszemu marszowi cały czas towarzyszył widok Sywuli przed nami. Droga od tego miejsca była bardzo przyjemna, prowadziła cały czas pomiędzy kosodrzewiną lub skałkami. Pozostało nam około 300 m wzniesienia, rozłożone na długim odcinku. Dodatkowoa, cały czas mogliśmy podziwiać piękne widoki, przede wszystkim drogę którą już pokonaliśmy, a więc Wysoką, Grofę a nawet Mołodę. Ostatni szczyt przed Sywulą, Łopuszna (1772 mnpm) szczególnie nas zaintrygował. To tu znajdują się stare okopy i zasieki z czasów I WŚ.

Około godziny 14, śpiewając naszą pieśń umęczenia, a zarazem zwycięstwa zdobyliśmy Sywulę (1836 mnpm). Nawiasem mówiąc, nie chcę zdradzać jaka to pieść gdyż jest to utwór kościelny, bardzo pompatyczny, śpiewany przez nas w najcięższych lub najważniejszych momentach na szlaku, niektórzy mogą odebrać ten fakt jako obrazę… zaznaczę, dla nas jest to już tradycja, a nie wyśmiewanie się.

Ten moment był swoistego rodzaju koronacją i uhonorowaniem całego minionego tygodnia. Uczciliśmy to czterdziestką ukraińskiej Perlovej i tabliczką czekolady. Niestety nie mieliśmy za dużo czasu na chwile zadumy, ponieważ nacierały na nas od zachodu coraz ciemniejsze chmury. Udokumentowaliśmy ten moment na kilku zdjęciach i rozpoczęliśmy schodzenie. Tuż za szczytem, w okolicach małej Sywuli dogonił nas deszcz. W momencie otoczyła nas gęsta mgła i w takich warunkach przyszło nam schodzić z królowej Gorganów. Nocleg zaplanowaliśmy całkiem wysoko więc długo nie musieliśmy brnąć w deszcze. Szybko zeszliśmy z pasma kosodrzewiny i wstąpiliśmy na polanę z ruinami kolejnego polskiego schroniska. To tu w deszczu, rozbiliśmy namiot, schowaliśmy się do środka i czekaliśmy aż ustąpi deszcz. Już nie po raz pierwszy natura była nam przychylna. Opady szybko ustały, a my zabraliśmy się za rozpalanie ogniska. W tym samym czasie dołączyły do naszego biwaku dwie grupki. Kilkoro młodych Ukraińców oraz dwóch panów, jak się później okazało z Iwano- Frankiwska.

Tego wieczoru Maciek wykazał się niemałą wiedzą. Dzięki niemu mieliśmy ognisko, będące w stanie ogrzać nas i zupę na kolację. Pozostałym grupom niestety nie udała się ta sztuka na mokrej ziemi. Z chęcią służyliśmy naszym ciepłem. Niestety rozmowa z nimi nie była za bardzo możliwa gdyż panowie, naszym zdaniem, byli lekko zjarani i ciężko było im się z nami porozumiewać. Po kolacji i dopiciu resztek Perlovej poszliśmy spać

Rozpoczął się siódmy dzień na Ukrainie, jednocześnie ostatni w Gorganach. Pozostało nam już tylko zejście do pobliskiej wioski Bystrzycy. Droga do tego miejsca, co rusz dostarczała nam dodatkowych atrakcji. Na początek, wspaniała polana przy urwisku z niesamowitym widokiem. Miejsce to zwane jest Piekłem, chyba za sprawą wysokich osuwisk i długiej doliny skierowanej na południe.

Kolejnym ciekawym miejscem było zagroda gdzie najprawdopodobniej hodowane były małe koniki huculskie (niestety ani jednego nie było nam dane widzieć). Najbardziej interesujący okazał się wodopój, czyli wyżłobione koryto z długiej belki napełniane wodą z pobliskich źródeł spod małej Sywuli. Dopełnieniem tego miejsca były rozległe polany i małe, drewniane domki tworzące ciekawy klimat.

Po kilku godzinach marszu zeszliśmy w końcu do pierwszych gospodarstw. Tu znajdował się wodospad, niecałą godzinę drogi od Bystrzycy. Zasila on skutecznie rzekę Bystrzycę mającą tu swoje początki. Wykonaliśmy jeszcze kilka kroków i tym oto sposobem, około godziny 12 znaleźliśmy się w Bystrzycy gdzie oficjalnie zakończyliśmy biwakowanie.

Już na wstępie okazało się że jest to mała wioska. W głowie miałem jedno: napić się piwa :) Mój organizm od ponad tygodnia nie miał tego zacnego trunku w ustach więc mocno się tego domagał. Odszukaliśmy szybko dużą gospodę ze sklepem. Piwo smakowało niesamowicie. Na pierwszy ogień poszło Czerniakowskie. Na zagrychę pani zza lady sklepowej zaproponowała ususzone sardynki, przysmak nieco dziwny ale całkiem smaczny – wysuszona na wiór ryba. Szybka do naszego stolika przysiedli się tutejsi mieszkańcy ciekawi naszej historii. Jeden starszy Pan wypił z nami piwo, opowiedział nam o wszystkich miejscach które zwiedził w Gorganach i poprosił o przesłanie zdjęcia które sobie razem zrobiliśmy.

Około 15 wyjechaliśmy z Bystrzycy w kierunku Nadwirnej- bardzo przyjaznego miejsca. Już od samego dworca ludzie byli dla nas życzliwi. Polecili nam hotel Szmaragd w samym centrum miasta, który okazał się chyba najdroższym noclegiem w mieście. Oczywiście otrzymaliśmy najlepszy, a zarazem najdroższy apartament (kosztował nas 350 hrywien w sumie czyli około 120zł). Po zrzuceniu plecaków skierowaliśmy się od razu do hotelowej restauracji. Nasz wybór padł na barszcz ukraiński, kotlet po kijowsku oraz koniak.

Wieczór spędziliśmy na mieście w pobliskiej pizzeri. Już po kilku minutach, grupa Ukraińców z pobliskiego stolika zaprosiła nas do siebie. Z każdym kolejnym kieliszkiem wódki rozumieliśmy się coraz lepiej. W końcu przyszła pora na śpiew. My po polsku, oni po ukraińsku. Wspólnymi siłami odśpiewaliśmy „Wolność” (niech żyje wolność…wolność i swoboda:)) oraz „Hej sokoły”. Wieczór zakończyliśmy w dyskotece. 

DZIEŃ 9. WRACAMY (WT 16.10.13)

Pierwsze co poczułem rano to ogromny ból głowy…. Chyba jednak za dużo toastów za przyjaźń polsko- ukraińską zostało wypitych poprzedniego wieczoru. Po szybkim ogarnięciu siebie i pokoju, nasze kroki skierowały się na dworzec autobusowy.

Przesiadka czekała nas w Iwano Frankivsku, gdzie skusiliśmy się na obiad w dworcowej stołówce. Jako wielki fan kolei, chciałem kolejny etap podróży odbyć pociągiem. Niestety, najbliższy pociąg do Lwowa odjeżdżał dopiero za trzy godziny. Czekała nas zatem znowu podróż autobusem. We Lwowie obkupiliśmy się w souveniry, czytaj wódkę. Wszyscy mówili nam, że przez granicę można przewieźć litr wódki oraz dwie paczki papierosów więc woleliśmy nie ryzykować i dokładnie tyle włożyć do naszych plecaków. Wybór padł oczywiście na umiłowany przez nas koniak oraz dla przekory wódkę z papryczką chili.

Na granicy byliśmy około godziny 18. W portfelach nadal mieliśmy hrywny, trzeba było więc je wydać. Pieniądze przeznaczyliśmy  na kolację w pobliskim zajeździe i kolejne zakupy w przygranicznym sklepie (ciastka na dalszą drogę i chałwa dla rodziny- kolejny wyrób narodowy Ukrainy).

Na przejściu granicznym zastał nas spory ruch. Pomimo podziału bramek na obywateli UE oraz pozostałych, swoje musieliśmy odstać. Pani celnik wszystkich dokładnie sprawdzała i nie reagowała na dowcipy i zaczepki wesołych Polaków wracających z zakupami do domu. Dla nas okazała się być bardzo miła. Od razu widać było że stanowiliśmy dla niej pewna odskocznie od tych wszystkich facetów wracających wyłącznie z litrem wódki i papierosami. Na wstępie, zerkając na nasze duże plecaki dopytała gdzie byliśmy i czy wypad się udał. Pokazaliśmy nasze ukraińskie zdobycze, potwierdziliśmy, że nic więcej nie przewozimy i już prawie byliśmy w Polsce. Ja oczywiście ponownie musiałem utwierdzać celnika, że osoba ze zdjęcia z paszportu to ja. Tym razem wystarczyło podanie drugiego imienia. Byliśmy w Polsce.

Kilka słów na temat przejścia w Medyce. Generalnie ruch tutaj jest chyba zawsze duży, a w pewnych momentach bardzo duży. Można tu spotkać kilka typów osób. Przede wszystkim, mieszkający w pobliżu Polacy, przekraczający granicę w celu zakupu wspomnianej wcześniej wódki i papierosów. Cena naprawdę kusi. Dla przykładu, najdroższe papierosy jakie widziałem to Marlboro, które kosztowały około 7 zł. Drugą grupa działa podobnie, ale w przeciwnym kierunku. Trochę nas to na początku zdziwiło, że Ukraińcy przyjeżdżają do nas na zakupy. Jak się dowiedzieliśmy, interesują ich przede wszystkim artykuły chemiczne oraz sprzęt RTV, AGD, który u nas jest tańszy. Zakupy zdecydowanie ułatwia im ogromna Biedronka postawiona tuż za granicą oraz niewielka odległość do Przemyśla. Kolejna grupa to Ukraińcy migrujący w celach zarobkowych . Nie trzeba daleko odjeżdżać od granicy żeby coś kupić od sąsiadów. Ledwo po opuszczeniu budynków granicznych, po stronie polskiej, jesteśmy zaczepiani na każdym kroku przez Ukrainki dopytujące czy nie potrzebujemy alkoholu lub papierosów. Pozostała część udaje się dalej- do Medyki czy też Przemyśla i tam handluje wszystkim na czym da się zarobić. Dzięki wszystkim tym osobom, oraz nielicznym turystom jak my, to miejsce cały czas tętni życiem.

W Przemyślu zmuszeni byliśmy spędzić kilka godzin w oczekiwaniu na pociąg do Krakowa. Była godzina 21, a transport mieliśmy dopiero po 2 w nocy. Czas wykorzystaliśmy na drzemkę oraz na nocny spacer po starówce w Przemyślu – miejsce, które trzeba zobaczyć gdy jest się w tym rejonie. Wspaniałe budynki i niesamowity klimat.

W tym miejscu już prawie kończy się nasza podróż. Z Krakowa przedostaliśmy się pociągiem do Suchej Beskidzkiej, a stamtąd busem do Żywca. Tym sposobem, w środę 17 października, dziesiątego dnia wyjazdu, wróciliśmy do domu :)