RODZI SIĘ PLAN

Pomysł naszej wycieczki powstał podczas wędrówki kolejnym szczytem Worka Raczańskiego  (Przegibek, listopad 2014). Aktywny i pełen doniosłych przeżyć sezon rodzinnych wycieczek w Beskidy, ciągle pozostawiał niedosyt wrażeń. Pomyślałam zatem, że następna będzie Rycerzowa (Beskid Żywiecki, 1226m n.p.m.) jeszcze w tym samym miesiącu, tylko odrobine inaczej: wyjedziemy wczesnym rankiem, zobaczymy nieznane oblicze gór (w poprzednich latach kończyliśmy wędrówki około miesiąca października), może złapiemy gdzieś w drodze kawałek wschodzącego słońca. Kilka dni później wtajemniczyłam w plany męża, a po naradzie zapadła decyzja: wychodzimy, ale tak „jak trzeba”, tzn. wschód słońca będziemy oglądać już ze szczytu.Przez dwa tygodnie poprzedzające termin wydarzenia atmosfera w domu rosła z każdym dniem mocniej. Zrobiliśmy szybkie rozeznanie w asortymencie turystycznym,  który należało uzupełnić (czołówki dla nas i dla chłopców; termos o większej, niż dotychczas pojemności; etui pomagające utrzymać ciepło w bidonie; buty; rękawiczki; etc ) i naturalnie stopniowo wdrażaliśmy w tematykę dzieci. Po pierwszym szoku, związanym z przyjęciem informacji o godzinie porannej pobudki, a po otrzymaniu do rąk wyposażenia w postaci czołówek, niepewność dzieci wyraźnie przekształciła się w niecierpliwe oczekiwanie i ekscytację nieznanym dotąd przeżyciem.

SPRAWY ZACZYNAJĄ SIĘ KOMPLIKOWAĆ

Na tydzień przed datą rajdu choroby dzieci zaczynają siać widmo niepowodzenia projektu. Kiedy trzy dni później męża rozkłada zapalenie oskrzeli, wiem już, że nie pojedziemy i z przykrością informuję pozostałych członków wyjazdu, że musimy zrezygnować. Niedosyt i niespełnienie tak ciekawie zapowiadającej się podróży, nie dają mi jednak spokoju i do ostatniej chwili jesteśmy w kontakcie  telefonicznym. Może jakieś światełko w tunelu przyniesie nowe rozwiązania …?

PILSKO 2014

Jest! Światełko przychodzi w przeddzień planowanego wyjazdu. Na portalu  http://www.turystyczno.pl/  pojawia się informacja o wyjściu na wschód słońca na Pilsko (Beskid  Żywiecki, 1557m n.p.m.). Cele są takie same, jak cel naszej wyprawy na Rycerzową – przeżyć magię  początku dnia na żywo, iść w góry tylko dlatego, że się je kocha, zatrzymać chwile w kadrze. Zapada  ostateczna decyzja: jadę sama, ale jadę !

ZMĘCZENIE I ADRENALINA

Zbiórkę zaplanowaliśmy o godzinie 3.30 na stacji paliw w Żywcu. Tam okazało się, że ruszymy w  ośmioosobowym zespole mając za towarzystwo żywotnego beagla - suczkę Lunę. Po godzinie 4 rano,  już na parkingu samochodowym w Korbielowie (Przełęcz Glinne, 809m n.p.m.), pierwszą moc wrażeń  ofiarowuje mi przejrzyste i absolutnie pięknie rozgwieżdżone niebo, zaś zimno, które delikatnie  uderza w twarz mobilizuje do sprawnego ubrania się we właściwy ekwipunek (czapka, rękawiczki,  kije, czołówka, aparat fotograficzny). Przed godziną 4.30 zwartą grupą wchodzimy na niebieski szlak,  którym dotrzemy bezpośrednio na szczyt Pilska. Trudno opisać wrażenia z przebiegu szlaku, ale pewne jest to, że w takich warunkach wędrówki  wyostrzają się zmysły, a czołówka oświetlająca wąski odcinek pokonywanej drogi zmusza do  skupienia się na tym, co pod nogami, do minimum dosłownie ograniczając walory estetyczne  towarzyszące dziennym wędrówkom po szlakach. Na tym zdaje się polega niezwykłość tych chwil  przed wschodem słońca: doświadczamy aury nocy (chociaż gdzieś w  głowie kołacze się myśl, że to  już niedługo), a jedyne co nas otacza (i tego z pewnością można doświadczyć) to cisza lasu,  pojedyncze ślady zwierząt znajdowane na śniegu i ten śnieg właśnie: delikatny, tutaj na zboczach gór  zupełnie we właściwym miejscu, migoczący drobnymi kryształkami w świetle migających latarek. Magię takich chwil może przerwać jedynie zupełnie autentyczny ból ciała, bardziej, czy mniej  uciążliwe dolegliwości, jak np. moja dawna kontuzja kolana, która gdzieś w połowie drogi dotkliwie  zaczęła się „przypominać”. Największy kryzys pojawił się mimo woli, tuż na ostatnim odcinku  wspinaczki i chociaż chciałabym przyznać, że dotarłam na szczyt jako ostatnia tylko z powodu  zachwytów i niekończącej się sesji fotograficznej, to prawda jest taka, że to właśnie ostatnie  podejście było najtrudniejsze i najbardziej bolesne. Satysfakcja z pokonania tej słabości i bycia u celu  na czas jest tym większa. Potem pozostaje już tylko oczekiwanie i refleks: łuna bladego świtu  zwiastuje wspaniałe widowisko, chociaż sam wschód słońca to dosłownie ułamki sekund.

PO CO TO WSZYSTKO?

Jakie są powody, dla których decydujemy się opuścić ciepłe mieszkanie, wstać w środku nocy po to  tylko, żeby spakować plecak i iść zimną ciemną nocą w góry? Przyznać muszę, że na hasło o projekcie  wyjścia z dziećmi nie brakowało sceptyków z dystansem odnoszących się do naszego niegroźnego (?)  szaleństwa. Na uwadze były naturalnie względy bezpieczeństwa, wiek najmłodszego syna, pora roku, etc. Myślę jednak, że te właśnie aspekty otwarły nas na zupełnie nowe sposoby poznawania gór i  realizowania turystyki górskiej, która (jak dobitnie pokazuje sezon bieżącego roku) jest już na stałe  wpisana w aktywność naszej rodziny. Faktycznie, trzeba przyznać, że z większym zaangażowaniem  śledzimy prognozy pogody, dokonujemy przeglądu odzieży i inwestujemy w nowe rozwiązania, w  których ubrania dla turystów łączą i funkcje ogrzewania i komfort noszenia w specyficznych  warunkach pogodowych, o jakich z całą pewnością możemy mówić w zimie. Plany kontynuowania  wędrówek na szlaku wyostrzają naszą czujność, uczą pokory i samodyscypliny, podnosząc tym samym  bogactwo obserwacji pięknej beskidzkiej przyrody. Jakby zatem nie spojrzeć, wszystko to właśnie po  to, aby się rozwijać, doświadczać i czuć prawdziwe życie.

MamaNaSzlaku

https://www.facebook.com/pages/Mama-na-szlaku/