APETYT NA WIĘCEJ

Moja samodzielna wyprawa na Pilsko pozostawiła w domownikach spory niedosyt, dlatego niemal zaraz po powrocie z Korbielowa obiecaliśmy sobie spróbować jeszcze raz, nie poddając się w międzyczasie żadnym infekcjom zdrowotnym i innym nieoczekiwanym niespodziankom. Punktem docelowym stała się dla nas Wielka Racza (Beskid Żywiecki, 1236m n.p.m.): jeden z moich ulubionych szczytów w tej części Żywiecczyzny, a zarazem bardzo dobre miejsce widokowe ze względu na niezalesiony szczyt i platformę widokową na jego wierzchołku.

ALEKSANDRA ATAKUJE

Do samego końca nasze wyjście uzależnione było od warunków atmosferycznych: wczesnym popołudniem w przeddzień wyjazdu dostałam informację o orkanie Aleksandra, którego wpływy na Żywiecczyźnie miały być bardzo niekorzystne dla naszych planów. Mimo tego (i zdaje się nie po raz pierwszy) do samego wieczora utrzymywaliśmy koncepcję wyjazdu w aspekcie pozytywnym, przygotowując tym samym asortyment w postaci czołówek oraz zapasowych baterii, odzież na drogę i do plecaka (zestaw zapasowych ubrań w postaci dodatkowej bluzki, skarpety, spodnie dresowe dla dzieci (do założenia pod kombinezon), zapasowe rękawiczki, itp) oraz organizując zakupy spożywcze i inne istotne dla wyprawy zadania (zakup kremu ochronnego dla dzieci, naładowanie akumulatorów do sprzętu fotograficznego oraz telefonów komórkowych, zapisanie numeru telefonu alarmowego GOPR (całkowicie na wszelki wypadek)). Przed godziną 20.00 zapadła ostateczna decyzja: o świcie ruszamy z Rycerki na szlak.

W DROGĘ Z DZIEĆMI

Żółty szlak, który prowadzi z Rycerki Górnej, przebyliśmy pierwszy raz w lipcu br (w moim odczuciu szlak stosunkowo przyjazny: szeroka droga leśna, pozbawiona nadmiernej ilości kamieni i głazów, wysokość zmienia się dość płynnie – nie ma tu nagłych stromizn, etc). Pewien komfort stanowiła więc dla mnie znajomość miejsca, z którego wyruszaliśmy tego poranka, bo warunki pogodowe na starcie faktycznie były mało przyjemne. Pierwsze podmuchy wiatru to zderzenie z przenikliwym uczuciem zimna, ale i ekscytacją, że to znów się dzieje, i pośpiechem, żeby dzieci nie zamarudziły zbyt długo w bezruchu. O godzinie 4.45 weszliśmy na szlak, mając przed sobą perspektywę znacznego wysiłku fizycznego (najmłodszego uczestnika, naszego 3-letniego syna, mąż niósł w nosidełku turystycznym) oraz próbę sił psychicznych, ponieważ ekstremalne (w stosunku do dotychczasowych doświadczeń chłopców) okoliczności w jakich podróżowali w kierunku szczytu, faktycznie były próbą dla nas wszystkich. Z tego miejsca należą się im zatem wielkie brawa, bo w obliczu kryzysu i zniechęcenia nie poddali się i w całkiem niezłym, jak na te okoliczności czasie (na szlaku leżała kilkucentymetrowa warstwa śniegu, 1 godzina 59 minut) dotarli wraz z nami na szczyt Wielkiej Raczy.

SPEKTAKL TRWA

Był taki krótki moment, kiedy poczucie satysfakcji i radości z powrotu w te strony zgubiło moją czujność w stosunku do dzieci. Szybko się jednak okazało, że najstarszy syn zupełnie świetnie się odnalazł w tej malowniczej zimowej scenerii i pomiędzy lepieniem kul śniegowych, a poszukiwaniem celu wśród uczestników wycieczki, zdążył zrobić kilka ujęć budzącej się łuny światła, wytarzać się w śniegu robiąc tradycyjnego „aniołka”, za to zupełnie nie miał czasu poczuć chłodu, który po pierwszym postoju (czas potrzebny na złapanie oddechu i wypięcie dziecka z nosidła oraz ulepienie pierwszego o tej porze roku bałwanka) pozostałym dzieciom dał się jednak we znaki. Udaliśmy się zatem do budynku schroniska, w którym przedsionek jest otwarty i dostępny przez całą dobę (schronisko pracuje od godziny 8.00 rano, my dotarliśmy około 30 minut przed tym czasem). Tam wykorzystaliśmy zapasowe zestawy ubrań do przebrania się i ogrzania, a cały ten proces zakończyliśmy popijając ciepłą herbatę ze sokiem malinowym. W międzyczasie łuna towarzysząca pojawieniu się słońca stała się na tyle blada, że wyszliśmy znowu na zewnątrz, aby móc podziwiać wschód słońca bezpośrednio z tarasu przed budynkiem.

CZY DZIECKO DA SIĘ PRZYGOTOWAĆ NA TAKĄ WYCIECZKĘ?

Przedział wiekowy naszych synów to wiek od 10 do 3 lat. Obserwując chłopców na szlaku widzę, że w czasie podejścia do góry najlepiej bawił się najmłodszy J, najtrudniej było sześcioletniemu N. Podobnie jak przy poprzedniej podróży tego typu, dużo opowiadaliśmy dzieciom o miejscu, do którego idziemy (tu niezmiennie towarzyszył nam aplauz i uśmiech zadowolenia) i koniecznych godzinach pójścia spać przed wycieczką, pobudki w dniu wyjazdu, pory doby, o której będziemy maszerować. Jestem pewna, że na tyle na ile mogli rozumieli sedno sprawy (dla ograniczenia porannej krzątaniny chłopcy po wieczornej kąpieli poszli spać ubrani w część garderoby przeznaczonej do podróży), niemniej nie obyło się bez marudzenia. Najistotniejsze było to, aby wytłumaczyć, że chociaż idziemy w ciemnościach to wracać będziemy już po wschodzie słońca i będzie normalny, jasny dzień. I rzeczywiście: w drodze powrotnej bracia bawili się tak dobrze, jak przy każdym innym wyjściu w góry, a swoboda zachowań i jakby nie patrzeć, tęsknota za zimą, sprawiły, że na krótkim odcinku drogi dało się nawet pobawić w ślizganie się na kombinezonach.

NA ZAKOŃCZENIE

Więcej o samym schronisku i historii tego miejsca dowiecie się zaglądając na stronę: http://www.wielka-racza.pttk.pl/.

Artykuł przygotowany przez Dominikę Borgieł prowadzącą stronę Mama na Szlaku http://mamanaszlaku.blogspot.com/