Tekst i media Karolina, Gateway


To nieprawda, że w Nepalu wszystko się zawaliło. Najbardziej kolejny raz zawiodła moralność reporterów, którzy we współczesnym świecie potrafią prawie wejść na noszach z uratowanym człowiekiem, by tylko trzasnąć dobry szot.

Gdy sytuacja w szpitalu się zaogniała, nie było tam żadnych reporterów. Przynajmniej na początku. Później pojawili się lokalni, ale nie rzucali się w oczy jak nasze europejskie hieny.

Wtedy były tylko oczy - oczy tych, którym nic się nie stało. Tych, którym przyszło być obserwatorami tej tragedii. One widziały i tylko one. Jako matka tego chłopca, którego widziałam niesionego "na bok" - do świata, z którego nie ma wyjścia - nie wyobrażam sobie dziennikarza, który leci za tym ciałem by uchwycić kapiącą krew. Łzy matki. 'Dobre jest - to się sprzeda.' Cyk, cyk, cyk. Może jeszcze flesz. 'Okej - szukamy następnych.' Nie było tego - to się dopiero zaczęło później.

Kiedy włączyłam wiadomości po powrocie, to płakać się chce widząc współczesne dziennikarstwo. Synonim braku szacunku do czegokolwiek.

Szpital. Co jakiś czas wstrząsy powtórne. Ludzie przerażeni. Minęły jakieś dwie godziny i pojawił mi się zasięg. "Żyje, ale jest cieżka sytuacja". Patrzysz na tych ludzi - zdezorientowanych bardziej niż Ty. Niektórzy robią zdjęcia, a inni płaczą. Współczesny krajobraz.. Jednak spokój Nepalczyków to coś, co ma krytyczne znaczenie. Spokój i uczciwość. Nie widziałam żadnego rozwalonego w celu rabunku sklepu. Pewnie te sklepy, które miały rozwalone mury - miały straty. Jednak nikt nie ośmielił się niczego otwarcie kraść i rozwalać sklepiki, których przecież na Thamelu nie brakuje.

Gdy wstrząsy się uspokoiły, zdecydowaliśmy jechać na skuterze dołączyć do grupy, którą trzęsienie zaskoczyło na Thamelu. Przejazd 20 minut przez Katmandu dał mi wstępny obraz sytuacji. Większość dużej zabudowy stoi lecz jest uszkodzona. Mniejsze domki i ceglane dobudówki - główne żniwo. W nich jednak mieszka najwięcej ludzi - zwłaszcza poza Katmandu. Osobiście nie dotarłam na plac Durbar ale części zabytkowe miasta wyglądają jak po wojnie - tego można było się dowiedzieć z gazety wydrukowanej niemal partyzancko, dostępnej w niedziele rano - The Himalayan Times.

Thamel - w naszej okolicy wszystko stoi, niektóre budynki mocno uszkodzone lub oparte o siebie bokami. Drobniejsze konstrukcje zniszczone - została rzeka cegieł. Z takimi właśnie obrażeniami widziałam najwięcej ludzi - uszkodzona głowa, przecięcia blachą, urazy spowodowane spadającymi częściami budynków. Radosna zabudowa w Nepalu nie pomagała bezpieczeństwu..

Gdy stałam pod tym szpitalem, czułam się jak debil. Jedyna osoba nielokalna, nie mówiąca w lokalnym języku, nie umiejąca pomóc. W tym momencie dotarło do mnie jak bardzo bym chciała być lekarzem i móc się na coś przydać.

Thamel. Znaleźliśmy grupę. Nasz placyk do koczowania z lokalnymi mieszkańcami. Właścicielka chciała nas stamtąd eksmitować ale nasz lokalny znajomy pomógł uspokoić sytuację. Tam było znacznie lepiej niż na dużych terenach skupiających mnóstwo ludzi. Było drzewo do ochrony przed deszczem i słońcem, niedaleko otwarł się jeden sklepik - była woda i suchy prowiant. Sklepik został otwarty mimo, że w środku wszystko poprzewracane i chwała właścicielowi za to, że się odważył. Był też niedaleko nasz hotelik, w którym utknęły bagaże. Dobra lokalizacja.

Udało się i dzięki zapleczu górskiemu - ciepłe rzeczy na siebie, koce NRC, peleryny - wszystko się przydało na 100%

Jednak nie było spokojnie, nikt nie wiedział, co będzie dalej. Dostawaliśmy wybrakowane informacje gdy telefony łapały sieć.

Miał być samolot ratunkowy, potem nie - lotnisko najpierw, że uszkodzone a potem, że nie..

Druga noc, z niedzieli na poniedziałek, była niespokojna. Zrywał nas każdy wstrząs. Krzyki lokalnych ludzi wystraszonych i wyrwanych ze snu. W dużej części zdecydowali się koczować pod murami, bo padało - tym bardziej z wielkim strachem zrywali się za każdym razem. Nasza grupa podzieliła się na tych, co wybrali drzewo i deszcz i tych, co chowali się pod murem i uciekali gdy były wstrząsy.

Nas spod drzewa też jednak wyrywało na równe nogi za każdym razem. Łatwo sobie wyobrazić, ile było z tego spania.. Pierwsza noc była dla nas łaskawa ale wciąż w nocy zimno a w dzień upal. Od niedzieli wilgoć od deszczu. Zbliżała się też burza ale na szczęście nas ominęła.

Drugiego dnia otworzyło się małe stanowisko z naleśnikami i inne z herbatą. Panowie odważni ale zrobili też chyba interes życia. Na szczęście nic się im nie stało ponieważ wstrząsy wtórne nie były aż tak mocne.

Na filmiku widać fragment naszego placyku koczowniczego - w chwilach spokoju popołudniami pustoszał, by zapełnić się od czasu do czasu szukającymi bezpiecznego miejsca w momencie wstrząsów wtórnych. a wieczorami wszystkimi bojącymi się spać w swoich domach.

cz 2To nieprawda, że w Nepalu wszystko się zawaliło. Najbardziej kolejny raz zawiodła moralność reporterów, którzy we współczesnym świecie potrafią prawie wejść na nosza z uratowanym człowiekiem, by tylko trzasnąć dobry szot.Gdy sytuacja w szpitalu się zaogniała, nie było tam żadnych reporterów. Przynajmniej na początku. Później pojawili się lokalni, ale nie rzucali się w oczy jak nasze europejskie hieny. Wtedy były tylko oczy - oczy tych, którym nic się nie stało. Tych, którym przyszło być obserwatorami tej tragedii. One widziały i tylko one. Jako matka tego chłopca, którego widziałam niesionego "na bok" - do świata, z którego nie ma wyjścia - nie wyobrażam sobie dziennikarza, który leci za tym ciałem by uchwycić kapiącą krew. Łzy matki. 'Dobre jest - to się sprzeda.' Cyk, cyk, cyk. Może jeszcze flesz. 'Okej - szukamy następnych.' Nie było tego - to się dopiero zaczęło później. Kiedy włączyłam wiadomości po powrocie, to płakać się chce widząc współczesne dziennikarstwo. Synonim braku szacunku do czegokolwiek.Szpital. Co jakiś czas wstrząsy powtórne. Ludzie przerażeni. Minęły jakieś dwie godziny i pojawił mi się zasięg. "Żyje, ale jest cieżka sytuacja". Patrzysz na tych ludzi - zdezorientowanych bardziej niż Ty. Niektórzy robią zdjęcia, a inni płaczą. Współczesny krajobraz.. Jednak spokój Nepalczyków to coś, co ma krytyczne znaczenie. Spokój i uczciwość. Nie widziałam żadnego rozwalonego w celu rabunku sklepu. Pewnie te sklepy, które miały rozwalone mury - miały straty. Jednak nikt nie ośmielił się niczego otwarcie kraść i rozwalać sklepiki, których przecież na Thamelu nie brakuje. Gdy wstrząsy się uspokoiły, zdecydowaliśmy jechać na skuterze dołączyć do grupy, którą trzęsienie zaskoczyło na Thamelu. Przejazd 20 minut przez Katmandu dał mi wstępny obraz sytuacji. Większość dużej zabudowy stoi lecz jest uszkodzona. Mniejsze domki i ceglane dobudówki - główne żniwo. W nich jednak mieszka najwięcej ludzi - zwłaszcza poza Katmandu. Osobiście nie dotarłam na plac Durbar ale części zabytkowe miasta wyglądają jak po wojnie - tego można było się dowiedzieć z gazety wydrukowanej niemal partyzancko, dostępnej w niedziele rano - The Himalayan Times.Thamel - w naszej okolicy wszystko stoi, niektóre budynki mocno uszkodzone lub oparte o siebie bokami. Drobniejsze konstrukcje zniszczone - została rzeka cegieł. Z takimi właśnie obrażeniami widziałam najwięcej ludzi - uszkodzona głowa, przecięcia blachą, urazy spowodowane spadającymi częściami budynków. Radosna zabudowa w Nepalu nie pomagała bezpieczeństwu..Gdy stałam pod tym szpitalem, czułam się jak debil. Jedyna osoba nielokalna, nie mówiąca w lokalnym języku, nie umiejąca pomóc. W tym momencie dotarło do mnie jak bardzo bym chciała być lekarzem i móc się na coś przydać.Thamel. Znaleźliśmy grupę. Nasz placyk do koczowania z lokalnymi mieszkańcami. Właścicielka chciała nas stamtąd eksmitować ale nasz lokalny znajomy pomógł uspokoić sytuację. Tam było znacznie lepiej niż na dużych terenach skupiających mnóstwo ludzi. Było drzewo do ochrony przed deszczem i słońcem, niedaleko otwarł się jeden sklepik - była woda i suchy prowiant. Sklepik został otwarty mimo, że w środku wszystko poprzewracane i chwała właścicielowi za to, że się odważył. Był też niedaleko nasz hotelik, w którym utknęły bagaże. Dobra lokalizacja. Udało się i dzięki zapleczu górskiemu - ciepłe rzeczy na siebie, koce NRC, peleryny - wszystko się przydało na 100%Jednak nie było spokojnie, nikt nie wiedział, co będzie dalej. Dostawaliśmy wybrakowane informacje gdy telefony łapały sieć. Miał być samolot ratunkowy, potem nie - lotnisko najpierw, że uszkodzone a potem, że nie.. Druga noc, z niedzieli na poniedziałek, była niespokojna. Zrywał nas każdy wstrząs. Krzyki lokalnych ludzi wystraszonych i wyrwanych ze snu. W dużej części zdecydowali się koczować pod murami, bo padało - tym bardziej z wielkim strachem zrywali się za każdym razem. Nasza grupa podzieliła się na tych, co wybrali drzewo i deszcz i tych, co chowali się pod murem i uciekali gdy były wstrząsy. Nas spod drzewa też jednak wyrywało na równe nogi za każdym razem. Łatwo sobie wyobrazić, ile było z tego spania.. Pierwsza noc była dla nas łaskawa ale wciąż w nocy zimno a w dzień upal. Od niedzieli wilgoć od deszczu. Zbliżała się też burza ale na szczęście nas ominęła.Drugiego dnia otworzyło się małe stanowisko z naleśnikami i inne z herbatą. Panowie odważni ale zrobili też chyba interes życia. Na szczęście nic się im nie stało ponieważ wstrząsy wtórne nie były aż tak mocne.Na filmiku widać fragment naszego placyku koczowniczego - w chwilach spokoju popołudniami pustoszał, by zapełnić się od czasu do czasu szukającymi bezpiecznego miejsca w momencie wstrząsów wtórnych. a wieczorami wszystkimi bojącymi się spać w swoich domach.

Posted by Gateway on 5 maja 2015