Tekst i media Karolina, Gateway

 

Pierwsza rzecz - taka stopklatka mogła się wydarzyć wszędzie. Wróciliśmy do hotelu w Kathmandu ciesząc się, że samolot z Lukli wyleciał zgodnie z planem. Lotnisko w Lukli, to jedno z najbardziej niebezpiecznych lotnisk świata - z jednej strony przepaść a z drugiej pionowa ściana skal. Najmniejsze wahanie pogodowe i można zostać tam kiblować x dni. My szczęśliwie wylecieliśmy i finalnie dotarliśmy na Thamel w Kathmandu.

Thamel, dzielnica turystyczna, gęsto zabudowana w dość niekontrolowany sposób. Taka radosna budowlanka, której najpewniej nikt zbytnio nie kontroluje. Podobnie wygląda kwestia przewodów elektrycznych. Nepal... taki jego urok. Pomysłowe budownictwo, które zaledwie 2h po naszym powrocie miało pokazać swoją cenę.

Wróciłam z treku dość chora. Pierwsze, co zrobiłam, to pojechałam szukać lekarza, który mógłby mi pomoc dobrać jakiś antybiotyk na zapalenie zatok. Chciałam jak najszybciej wybić nieprzyjaciela gnieżdżącego się w w okolicach nosa i ruszać w stronę Annapurna Base Camp - trek, który planowałam zrobić samotnie w swoim tempie. Wyjechaliśmy więc z z lokalnym znajomym, który był tak miły by mi pomóc i zabrał mnie na skuterku przez ulice Katmandu w poszukiwaniu lokalnych przychodni. Stwierdziłam, że po dwóch tygodniach niemycia, kilka godzin mnie nie zbawi. W prywatnej przychodni koszt wizyty oszacowano na $90. Postawiłam więc na lokalne. Nigdzie nie znaleźliśmy lekarza i postanowiliśmy zajechać do szpitala. Dochodziła godzina 11, a ja miałam już swoje wrażenia z jazdy na skuterku przez pól Katmandu.

W szpitalu mnóstwo ludzi - jakiś specjalny dzień przyjęć z bezpłatnymi badaniami oraz zorganizowana stacja krwiodawstwa. Dzięki obrotności mojego towarzysza, udało mi się uniknąć dwugodzinnej kolejki i przez pomiary wzrostu i wagi (ważono mnie w butach i ubraniu :)) w końcu mogłam udać się pod gabinet. Siedziała obok mnie mała dziewczynka z rodzicami. Czas mijał na dyskretnej zabawie w chowanego z użyciem rękawa mamy.

Poproszono ich do środka, minęło kilka chwil i nagle poczułam się jakby wielki spychacz zaatakował nasz szpital. Panika, wrzask, ludzie tłumnie rzucili się na schody tratując się wzajemnie. Ja instynktownie zakryłam ręką głowę, przytrzymująć się futryny. Budynek chodził jak wielka galareta. Myślałam, że się wali. Trzęsienie ziemi - magiczne słowa, które usłyszałam od towarzysza. Nie przyszło by mi to do głowy... Jak to, trzęsienie? Przecież czytałam o tym - w Nepalu nie obserwuje się takich mocnych trzęsień.. W głowie tylko pustka i modlitwa, żeby budynek wytrzymał.

Nie wiem, jak długo trzęsło. Wydawało się jak kilka minut. Teraz wiem, że podobno tylko około minuty. Przestało, a my zaczęliśmy opuszczać budynek w relatywnie spokojnym pośpiechu, bez paniki. Ja trochę w szoku. Nie dotarło do nas jeszcze jak bardzo jest źle. Dopiero, gdy zaczęto przywozić poszkodowanych zrozumiałam, że jeśli nasz wielki i solidny szpital chodził jak statek na wzburzonym morzu, to znaczy, że wiele małych i prostych domków i dobudówek już nie istniało.

Na filmiku chciałam uchwycić kilka sekund z tego szpitala polowego, który powstał po pierwszym wstrząsie. Jest chaotyczny. Filmik zawiera tylko te kilka w miarę spokojnych chwil. Nie wyobrażam sobie przeszkadzać lekarzom w pracy kręcąc się po terenie jak dziennikarze, którzy zjechali się teraz do Nepalu i żerują za sensacją jak hieny cmentarne.

Wytrzęsione myśli, czyli słów kilka o trzęsieniu ziemi w Nepalu..cz.1Pierwsza rzecz - taka stopklatka mogła się wydarzyć wszędzie. Wróciliśmy do hotelu w Kathmandu ciesząc się, że samolot z Lukli wyleciał zgodnie z planem. Lotnisko w Lukli, to jedno z najbardziej niebezpiecznych lotnisk świata - z jednej strony przepaść a z drugiej pionowa ściana skal. Najmniejsze wahanie pogodowe i można zostać tam kiblować x dni. My szczęśliwie wylecieliśmy i finalnie dotarliśmy na Thamel w Kathmandu.Thamel, dzielnica turystyczna, gęsto zabudowana w dość niekontrolowany sposób. Taka radosna budowlanka, której najpewniej nikt zbytnio nie kontroluje. Podobnie wygląda kwestia przewodów elektrycznych. Nepal... taki jego urok. Pomysłowe budownictwo, które zaledwie 2h po naszym powrocie miało pokazać swoją cenę.Wróciłam z treku dość chora. Pierwsze, co zrobiłam, to pojechałam szukać lekarza, który mógłby mi pomoc dobrać jakiś antybiotyk na zapalenie zatok. Chciałam jak najszybciej wybić nieprzyjaciela gnieżdżącego się w w okolicach nosa i ruszać w stronę Annapurna Base Camp - trek, który planowałam zrobić samotnie w swoim tempie. Wyjechaliśmy więc z z lokalnym znajomym, który był tak miły by mi pomóc i zabrał mnie na skuterku przez ulice Katmandu w poszukiwaniu lokalnych przychodni. Stwierdziłam, że po dwóch tygodniach niemycia, kilka godzin mnie nie zbawi. W prywatnej przychodni koszt wizyty oszacowano na $90. Postawiłam więc na lokalne. Nigdzie nie znaleźliśmy lekarza i postanowiliśmy zajechać do szpitala. Dochodziła godzina 11, a ja miałam już swoje wrażenia z jazdy na skuterku przez pól Katmandu.W szpitalu mnóstwo ludzi - jakiś specjalny dzień przyjęć z bezpłatnymi badaniami oraz zorganizowana stacja krwiodawstwa. Dzięki obrotności mojego towarzysza, udało mi się uniknąć dwugodzinnej kolejki i przez pomiary wzrostu i wagi (ważono mnie w butach i ubraniu :)) w końcu mogłam udać się pod gabinet. Siedziała obok mnie mała dziewczynka z rodzicami. Czas mijał na dyskretnej zabawie w chowanego z użyciem rękawa mamy.Poproszono ich do środka, minęło kilka chwil i nagle poczułam się jakby wielki spychacz zaatakował nasz szpital. Panika, wrzask, ludzie tłumnie rzucili się na schody tratując się wzajemnie. Ja instynktownie zakryłam ręką głowę, przytrzymująć się futryny. Budynek chodził jak wielka galareta. Myślałam, że się wali. Trzęsienie ziemi - magiczne słowa, które usłyszałam od towarzysza. Nie przyszło by mi to do głowy... Jak to, trzęsienie? Przecież czytałam o tym - w Nepalu nie obserwuje się takich mocnych trzęsień.. W głowie tylko pustka i modlitwa, żeby budynek wytrzymał.Nie wiem, jak długo trzęsło. Wydawało się jak kilka minut. Teraz wiem, że podobno tylko około minuty. Przestało, a my zaczęliśmy opuszczać budynek w relatywnie spokojnym pośpiechu, bez paniki. Ja trochę w szoku. Nie dotarło do nas jeszcze jak bardzo jest źle. Dopiero, gdy zaczęto przywozić poszkodowanych zrozumiałam, że jeśli nasz wielki i solidny szpital chodził jak statek na wzburzonym morzu, to znaczy, że wiele małych i prostych domków i dobudówek już nie istniało.Na filmiku chciałam uchwycić kilka sekund z tego szpitala polowego, który powstał po pierwszym wstrząsie. Jest chaotyczny. Filmik zawiera tylko te kilka w miarę spokojnych chwil. Nie wyobrażam sobie przeszkadzać lekarzom w pracy kręcąc się po terenie jak dziennikarze, którzy zjechali się teraz do Nepalu i żerują za sensacją jak hieny cmentarne.

Posted by Gateway on 3 maja 2015